Category posts: seriale

Obejrzajki #9

Posted on - in seriale

Myślałam, że trochę dłużej poczekam z pisaniem kolejnego posta serialowego, ale widzicie – serwisy streamingowe, a w zasadzie Netflix nie odpoczywa, a nowości same cisną się na mój ekran (kinowy również).


#Obejrzajki 8

Posted on - in seriale

Od poniedziałku na Netflixie hula „Teoria wielkiego podrywu”, więc to chyba odpowiedni moment by podzielić serialami i programami, które obejrzałam w ostatnim czasie. Trochę się tego nazbierało, mam nadzieję, że znajdziesz tu coś dla siebie 🙂

#Obejrzajki 7

Posted on - in seriale

Wiedziałam, że to się tak skończy. Znaczy, domyślałam się: oglądanie seriali na pewno nie idzie w parze z czytaniem książek. Gdyby jedno współgrało z drugim, nie byłoby przecież tych wiecznych dylematów, co wybrać. Czy gapić się bezmyślnie w ekran komputera przez x godzin, a może jednak zatopić się w ulubionej historii, która na koniec złamie nam serce.

Obejrzajki #6

Posted on - in seriale
 

Bardzo lubię poznawać i oglądać nowe seriale. Nie ma niczego lepszego, od pierwszego zachwytu wynikającego z tego, co na ekranie. Chociaż nie potrafię oglądać rzeczy łatwych i śmiesznych (nie licząc Przyjaciół), i chociaż podczas oglądania zazwyczaj muszę wykazywać się niezwykłym skupieniem… Lubię gapić się w ekran i pewnie szybko się to nie zmieni.

MAKING A MURDERER

Steven Avery wiódł w miarę normalne i proste życie. Do czasu. W 1985 został aresztowany i skazany na trzydzieści lat więzienia, chociaż zarzekał się, że niczego nie zrobił. Miał rację; w 2003 roku został zwolniony i uniewinniony. Szybko zaczął ubiegać się o odszkodowanie, kilkadziesiąt milionów. Pieniądze zapewne nie zwróciłyby mu straconego życia, były jednak możliwością do tego, by odbudować je od nowa. Jednak ten ruch z jego strony nie spodobał się władzom. Tak przynajmniej próbują przekonać scenarzyści Making a murderer. Dwa lata po wyjściu na wolność, na terenie jego posesji policja znajduje szczątki Teresy Halbach, zaginionej kilka dni wcześniej kobiety. Podejrzenia od razu spadają na Avery’ego. W końcu był już karany, ma kryminalną przeszłość (chociaż został uniewinniony). Zostaje oskarżony po raz kolejny, znów trafia do więzienia. Podobno w zbrodni pomagał mu jego siostrzeniec, Brandon, szesnastoletni i niepełnosprawny umysłowo chłopak. Na którym – znów, wedle narracji dokumentu, policja wymusiła złożenie takich,  a nie innych zeznań.
 
Na przestrzeni dwóch sezonów przyglądamy się najpierw pierwszemu procesowi i śledztwu, które nie trzyma się kupy. Ślady, a w zasadzie poszlaki nie są w stanie jednoznacznie wskazać winnego. Jest ich przecież dwóch. I Avery, który przechodzi piekło nie po raz pierwszy, oraz szesnastoletni chłopak o tak niskim IQ, że policja miała naprawdę duże pole do popisu, by go w to wrobić. Taka jest w zasadzie narracja całego serialu – scenarzyści wybielają postać bohatera, tłumacząc widzom, że to na pewno zemsta policji za wniesienie sprawy o odszkodowanie. Jak śmiał żądać chociaż odrobiny sprawiedliwości? W zamian dostaje proces – cyrk. Dowody rzekomo świadczące o jego winie są jedynie poszlakami; zeznania jednego i drugiego nie trzymają się kupy, poza tym Brandon za każdym razem mówi coś innego. Czy jego zeznania w takim razie są wiarygodne? Nie dość, że sprawa mocno wpływa na psychikę oskarżonych, to jeszcze dzieli rodzinę na pół. Starsi już rodzice Stevena, siostra, która staje w obronie swojego niepełnoletniego syna. Drugi sezon, po takich a nie innych wydarzeniach, z nową obrończynią na czele, tak samo śledzi przebieg pierwszego procesu. Kobieta, jak internauci mówią „am I the only one who thinks she is Annalise Keating in the real world?”, miażdży wszystko, co do tej pory udało się ustalić poprzednim oskarżycielom i adwokatom. Wyłuszcza kolejne popełnione w trakcie ówczesnego śledztwa błędy,  niedopatrzenia i stawia wszystko do góry nogami.
 
Bardzo w tym wszystkim denerwowało mnie podejście właśnie policji. Choć starałam się być stronnicza, nie opowiadać się po żadnej ze stron, momentami się nie dało. Jakikolwiek byłby efekt śledztwa, jeśli rzeczywiście Steven by tego dokonał, sposób prowadzenia śledztwa był po prostu (przynajmniej dla mnie) nie do pomyślenia. Dowody zebrane przez policję, te, które wcześniej sami podrzucili na miejsce wydarzenia, zeznania, które się wykluczały… Jeśli rzeczywiście chcieli doprowadzić do skazania, mogli to zrobić tak, by nikt nie miał się do czego przyczepić. By widzowie, mieszkańcy okolicznych miejscowości, mogli powiedzieć, tak, proces był sprawiedliwy, Steven tego dokonał. Tymczasem usilnie próbując doprowadzić do jego skazania dają innym pole do popisu, do wiary w to, że nic się nie stało.
 
Jednak to do widza zależy to, jaką wersję wybierze. Czy Steven Avery rzeczywiście jest niewinny, a policja próbuje go wrobić tylko dlatego, żeby uporać się ze sprawą? Czy może chodzi o to odszkodowanie, trzydzieści milionów nie chodzi przecież piechotą. Do wielu rzeczy można się przyczepić; na przykład i do tego, że Avery w kółko powtarza, że  niczego nie zrobił. Że te kości, wyniki balistyczne, że to wszystko jest bujda. Robi z siebie ofiarę, nie broni swojego siostrzeńca, nie bezpośrednio doprowadza do rozpadu rodziny. Więcej spoilerować nie będę. Jeśli lubicie takie klimaty, serial jest naprawdę wart obejrzenia. Choćby dla kilku ostatnich odcinków drugiego sezonu, gdzie na jaw wychodzą takie fakty, że szczęka sama opada do ziemi. I długo nie może się z niej podnieść.

SHARP OBJECTS

Bardzo długo zabierałam się do obejrzenia tego serialu. Kiedy się za niego wzięłam, zrozumiałam, że powinnam zrobić to dużo wcześniej. „Sharp objects” opowiada historię młodej dziennikarki, która wraca do miasteczka, w którym się wychowała, by napisać o tragedii, jaka się tam wydarzyła. W niedługim odstępie czasu giną bowiem dwie młode dziewczynki. Nie wiadomo, kto jest zabójcą, jednak blady strach pada na mieszkańców. Mordercą może być każdy. Trzeba chronić swoje dzieci, nie wypuszczać ich z domu. Czas, w którym wszyscy powinni się zjednoczyć, zaczyna wszystkich mocniej dzielić. Przecież każdy może być tym winnym. Nikt nie zna przecież jego intencji. Z jednej strony więc mamy tu trochę kryminalnych motywów, które jednak nijak mają się do innych, dziejących się jednocześnie tragedii. Tych rodzinnych.
 
Główna bohaterka, w której rolę wcieliła się bezbłędna Amy Adams, ma za sobą ciężką przeszłość. Trudny wiek dorastania, konfliktowa rodzina, która jakoś zbytnio się nią nie przejmowała, aż w końcu apodyktyczna matka, która musi ustawiać wszystko wedle własnego widzimisię. Camille udaje się jednak z tego wyrwać, przynajmniej tak się jej wydaje. Oddala się od swojego miasteczka, znajduje pracę i ma wrażenie, że ten etap jest już za nią. A wtedy wraca do miasteczka, zaczyna opisywać bieżące wydarzenia… i wszystko wraca do niej ze zdwojoną, albo nawet ze strojoną siłą.  
 
Problemy z alkoholem, w którym znajduje ukojenie, wychodzące wydarzenia z przeszłości, niespełnione marzenia aż w końcu apodyktyczność i prawda, która najzwyczajniej zwala z nóg. Przyznaję jednak, że początek serialu, pierwszy i drugi odcinek trochę mnie znudziły. Inaczej: były nudne. Nie wniosły nic do serialu, jedynie wprowadzały do historii, momentami zagmatwanej, trochę niezrozumiałej. Przeszłość mieszała się z teraźniejszością. Nie znajdziemy tu akcji pędzącej na łeb na szyję ani zwrotów akcji godnych jakiegoś thrillera czy kryminału. Bohaterowie dochodzą do wniosków drogą dedukcji. Myślą, kombinują, doszukują się prawdy. Próbują znaleźć ją w morzu kłamstw. Jeśli dodać do tego genialną muzykę, zdjęcia takie, jakich nie powstydziłby się film nominowany do Oscara, oraz aktorzy. Och, ci aktorzy. Amy Adams, której do tej pory chyba nie widziałam na ekranie; Patricia Clarkson, która w roli apodyktycznej matki była naprawdę przekonująca, aż w końcu Chris Messina, do którego no nie można nie wzdychać, gdy zdejmuje z siebie koszulkę.
 
Oglądając serial po przeczytaniu książki, byłam w stanie wyrobić sobie opinię, co jest lepsze. Szczerze? I to, i to było równie dobre. Książkę polubiłam za możliwość wejścia w głowę bohaterów. Serial, ponieważ przerósł moje oczekiwania. Zakończenie zmiażdżyło mnie dokumentnie, nadal się po obejrzeniu ostatniego odcinka nie podniosłam.

ŚLEPNĄC OD ŚWIATEŁ

Czy serial na podstawie tak rewelacyjnej książki mógł się nie udać? Bardzo się tego obawiałam. Powieść Jakuba Żulczyka pokochałam, nawet jeśli to stwierdzenie w odniesieniu do takiej książki po prostu nie pasuje. Dopiero gdzieś przed samą jego premierą dowiedziałam się, że plany odnośnie stworzenia serialu powstały… już w trakcie pisania książki! Rzekomo też została ona napisana tak, by jak najlepiej było ją przerobić w scenariusz. Jeśli jest to prawda, tym bardziej jestem pełna podziwu.
 
Serial, podobnie jak książka, jest wulgarny. Nie ma się jednak czemu dziwić, jeśli weźmie się pod uwagę, że akcja toczy się w narkotykowym świecie Warszawy, tym, o którym nikt  nie pisze na pierwszych stronach okładek. To nie pasuje przecież do obrazu ludzi, którzy odnieśli sukces i teraz chłoną i czerpią z niego jak najwięcej się da. To okładkowe życie okazuje się jedynie ułudą, skrzętnie podkolorowywaną przez różnej maści narkotyki. W takim świecie żyje Kuba, główny bohater, grany przez Kamila Nożyńskiego. Jest dilerem narkotykowym, najlepszym w całej Warszawie. To u niego wszyscy się „stołują”. Co ważne, sam Jakub już nie bierze, ani nie pije. Trudno w to uwierzyć. Działało to tak przez parę dobrych lat. Kuba dorobił się dużego mieszkania, dobrego samochodu, choć zupełnie mu na tym nie zależało.
 
Wszystko zepsuło się w momencie, w którym jego tożsamość wyszła na jaw. Dochodzi do kilku wypadków, sprawy wymykają się spod kontroli, grunt pod jego nogami zaczyna się walić. Jak z tego wyjdzie? Odsyłam do książki czy do serialu.
 
Sama już na sam koniec, bo chyba za bardzo się rozpisałam, dodać, że bardzo mi się Ślepnąc od świateł podobało. Nie jest to na pewno łatwy serial do obejrzenia; tak samo jak książka wymaga od widza całej uwagi. By się nie pogubić, by dobrze zrozumieć to, co dzieje się na ekranie. A dzieje się tam, oj dzieje. Mocną stroną obrazu są aktorzy, wydaje się, idealnie dobrani do swoich ról. Czy mowa o Janie Fryczu, który wcielił się w postać gangstera, który wychodzi z więzienia i musi pokazać ponownie, kto tu rządzi. Więckiewicz i większość granych przez niego scen to mistrzostwo świata. Dodać do tego początkującego jako aktora Nożyńskiego, piosenki Manaamu. Wniosek? Jak raz włączy się play, trudno przystopować. Szkoda, że tak mało odcinków.
 
Nie planowałam się tak rozpisać. To są rzeczy, które oglądałam w ostatnim czasie, a że idą święta i trochę wolnego, może akurat będziecie chcieli coś obejrzeć.
Przed końcem roku postaram się uporać z jakimś małym podsumowaniem tego roku. Nie jest on, czytelniczo, tak dobry jak zeszły, ale może też nie warto przesadzać 😊

 

Obejrzajki #5

Posted on - in seriale
Istnieje takie powiedzenie, jeśli chcesz rozśmieszyć Boga, zdradź mu swoje plany. Niechcący zdradziłam, czego szybko pożałowałam. Wrzesień zupełnie nie poszedł po mojej myśli; wszystko to, co ewentualnie  mogło pójść nie tak, uwaga: poszło.
Tym bardziej cieszy mnie fakt, że udało mi się zobaczyć choć kilka rzeczy. Leżąc dwa tygodnie przed telewizorem raczyłam się jedynie powtórkami na TVN-ie, ot żeby coś leciało w tle, żeby zająć czymkolwiek myśli.
Tymczasem we wrześniu było kilka serialowych i kinowych premier, wobec których nie mogłam przejść obojętnie.

ATYPICAL

 
Dokładnie o tej samej porze, w zeszłym roku opowiadałam Wam o pierwszym sezonie „Atypowego”. Zachwycałam się nim, postacią głównego bohatera i tematem, którego za bardzo w serialach się nie poruszało. Kiedy dowiedziałam się o tym, że powstanie drugi sezon, bardzo mnie to ucieszyło. Chociaż miałam pewne obawy – czy nie zostanie on zepsuty, czy przesłanie nie zostanie przegadane… Mogę odetchnąć z ulgą. Po nowym  sezonie pokochałam Samuela i jego rodzinę jeszcze mocniej. Najbardziej Casey.  W „dwójce” wszyscy przechodzą trudny czas: Casey idzie do nowej szkoły, Sam musi odnaleźć się w świecie, w którym nikt za nim nie stoi; chce się usamodzielnić, przekraczać kolejne granice i w tym wszystkim nie zwariować. Natomiast na domiar złego, gdzieś w tle, jego rodzice walczą o swój związek i wychodzi im to z różnym skutkiem. Wiecie, w imię powiedzenia, że jak się wali, to wszystko i na raz, bo po co inaczej i lżej i lepiej.  Mimo wielu tematyk poruszanych w „dwójce”, miło jest wrócić do rodziny, która mimo, że zmaga się z wieloma problemami, to jednak wciąż i cały czas za sobą stoi zupełnie niezależnie od tego, co się między nimi dzieje. Casey próbuje odnaleźć się w nowej rzeczywistości, a ta wymarzona elitarna szkoła wcale nie okazuje się taka fajna. Sam z kolei chce być bardziej samodzielny, chce umieć w relacje (może mi da lekcję?) a też wychodzi mu to różnie – mimo wszystko, stara się. Stęskniłam się za nimi, mam nadzieję, że doczekam trzeciego sezonu 😉

BOJACK HORSEMAN

 
 
Rok temu tak napisałam o BoJacku: „O depresji, tym, że każdy radzi sobie z nią inaczej, o popularności, a jednak i o problemach, które dotykają każdego z nas. Nawet jeśli w przeciwieństwie do bohaterów jesteśmy ludźmi a nie zwierzakami (te wszystkie odniesienia do ich rasy, chodząca genialność”. W tym temacie niewiele się zmieniło. Piąty sezon jest jeszcze mocniej depresyjny i wprost idealny na jesienne wieczory (jeśli oczywiście chcecie dobić się jeszcze mocniej – nie polecam). Bohaterowie mierzą się z wieloma problemami. BoJack jest gwiazdą nowego serialu, Diane „szuka siebie” podróżując po świecie, Princess Carolyn myśli o zostaniu matką, a Todd… Cóż, Todd jest w swoim żywiole – to znaczy, szuka pracy i chce znaleźć takie zajęcie, w którym będzie dobry. Jak zwykle dużo alkoholu, dużo wspomnień i rzeczy, które trzeba ogarnąć, żeby jakoś nie zwariować. Żadnego poprzedniego sezonu nie utożsamiłabym z ludzkim życiem jak ten, piąty. Momentów do pośmiania się jest może i mniej, ale w ogólnym rozrachunku jestem bardzo na tak i przez takie a nie inne zakończenie czekam na kolejny sezon.

JULIUSZ

 
 
Potrzebowałam jakiejś komedii. Polska? Nie byłam pewna, czy to dobry pomysł, przekonał mnie pan Mecwaldowski. Na szczęście nie żałuję decyzji wyjścia do kina (w końcu wyściubiłam nos z domu i łóżka).  Film opowiada o tytułowym Juliuszu, w rolę którego wciela się właśnie Wojciech Mecwaldowski. Mężczyzna mieszka ze swoim ojcem (Jan Peszek), który przeżył właśnie drugi zawał i jeśli nie zmieni stylu życia, może się to różnie skończyć. Julian junior z kolei prowadzi sobie u boku swojego ojca spokojne życie – jest nauczycielem plastyki w szkole, a jego hobby jest rysowanie. Monotonne życie jednego z Juliuszów do góry nogami wywraca Dorota, doktor weterynarii i od tej pory wszystko idzie… na opak. Tak naprawdę trudno określić jednoznacznie o czym „Juliusz” opowiada. Recenzje, z którymi się spotkałam, doceniały, że jest to dobra polska komedia, w której śmiejesz się i ten śmiech wcale nie wynika z twojego zażenowania. Bohaterowie są śmieszni, ich problemy realne choć z odrobiną fantazji i nawet powiem Wam, że te „przypadki” które spotykają bohaterów a widać, że są ukartowane, nie kłują w oczy. To już coś. Cała sala się śmiała,  ja się śmiałam, wspominam dobrze – obejrzyjcie, jeśli będziecie mieli okazję.
 

BONES

 
 
Leżąc w łóżku przed telewizorem przez dwa tygodnie, wkręciłam się w oglądanie Boneslecących na FOX-ie. Niejednokrotnie oglądałam wcześniej jakieś pojedyncze odcinki, dopiero orientując się, w jakim czasie lecą, udało mi się być na bieżąco (jeśli można mówić tak wpadając na sezon dziewiąty na dwanaście dostępnych). Serial, oparty na książkach kryminolog-antropolog Kathy Reichs (jednocześnie producentki serialu), opowiada o losach Temperance Brennan, antropolog, która pracuje w Jeffersonian Institute. Kobieta ma swój zespół specjalistów, z którymi rozwiązuje trudne zagadki kryminalne – a wszystko dzięki znajomości tego, jak rozkłada się ciało, co dzieje się z ludzkimi kośćmi. Nic ambitnego, niektóre odcinki i sprawy kryminalne wydają się być przegadane, ale dla kogoś kto lubi te klimaty oglądanie to sama przyjemność 😊
 
Wrześniowym odkryciem okazały się podcasty Justyny z Krótki Poradnik Jak Ogarnąć Życie, które są krótkie, ciekawe (uwielbiam głos Justyny) i dostępne w aplikacji Podcasty na iPhone, Spotify i YouTube. Jeśli jej nie znacie, koniecznie musicie to zmienić 😉
Mam nadzieję, że we wrześniu zobaczę więcej ciekawych rzeczy 😉 Obejrzeliście ostatnio coś fajnego?

#filmówka, czyli filmy, dokumenty i Oscary

Posted on - in seriale

Obiecałam sobie w zeszłym roku, że obejrzę więcej filmów. Że nie wykorzystam znów wymówki pod tytułem: jezu, wolę serial. Obietnicy jako tako dotrzymałam, a że pisanie o książkach chwilowo mi nie idzie, to dzisiaj trochę właśnie o tych filmach Wam opowiem 😉 Może znajdziecie tu coś dla siebie.

 Zacznę może od dokumentów, do których trudno mi się było przekonać może dlatego, że kojarzyłam ten gatunek z Discovery Channel i nużącym głosem Krystyny Czubówny 😊
Na pierwszy ogień niech idzie Gaga: Five Feet Two, czyli dokument o Lady Gadze, a w zasadzie Stefani Joanne Angelinie Germanottcie. Uff, podołałam wymówieniu jej imienia, a było trudno. Film spodobał mi się przez to/dzięki temu (dowolne wykreślić), że wiecie, łatwo jest powiedzieć „co za wariatka ubiera się w takie stroje”, trudniej ogarnąć, że to jest jej sceniczna wersja siebie, a tam gdzieś pod tymi tonami kostiumów kryje się normalny człowiek z krwi i kości. Taki, co go bolą plecy, co się stresuje i co ma problemy, a nie życie usłane różami (każdy by tak chciał). W tym wszystkim Gaga wydała mi się na maksa autentyczna, i chyba jakoś ją bardziej polubiłam. A scena, w której przychodzi do Walmartu bodaj zobaczyć, czy sprzedają jej płytę… Bezcenne!
Trochę mniejszym optymizmem pałam do Minimalism. A documentary about the important things, gdzie bohaterowie, a w zasadzie prekursorzy opowiadają o tym, że mniej znaczy lepiej, i ja może bym to zrozumiała, tylko z kolei nie lubię takiego popadania ze skrajności w skrajność. Rozumiem ideę posiadania mniej rzeczy, jednak bytowanie z jedną torbą dobytku jest dla mnie po prostu głupie. Trochę się męczyłam ciągle wysłuchując, że jak wyrzucę to i to, że jak przestanę się przejmować tym i tym to na milion procent zrobi mi się lepiej. No nie wiem. Sam film jest ciekawy, można sobie przynajmniej jakąś sensowną opinię na temat tego właśnie minimalizmu wyrobić.
Z polskich filmów widziałam w tym roku Plan B. Kingi Dębskiej i mam odnośnie niego mieszane uczucia. Miałam nawet napisać o nim osobny post ale szybko zmieniłam zdanie. Wydaje mi się, że jak na tak krótki film ilość opowiedzianych historii jest zbyt duża. Żadnej z bohaterek nie towarzyszyliśmy zbyt długo, to jest nie mieliśmy szansy wżyć się w ich sytuację i jakoś bardziej zacząć je odczuwać. Również brakuje mi tu jakiegoś solidniejszego zakończenia, wytłumaczenia dalszych losów bohaterów, ale może to był taki zamysł. Tak czy siak, pomysł na to by opowiedzieć o tym, jak los jest przewrotny i jak mimo pozoru szczęścia wszystko jest kruche, a posiadanie planu B czasem jest koniecznością – spisał się ekstra. Warto zobaczyć, ale nie w kinie.
Nie mogło zabraknąć również Pitbulla, bo ja chciałam powiedzieć, że Dorociński. Zaraz za nim Doda, która no po prostu przeszła samą siebie, zagrała w filmie pierwsze skrzypce i pojawiaj się częściej na ekranie. Trochę przeraziła mnie pustka na kinowej sali (okej, sorry za dość nietypową porę dnia, I’m a student), ale chociaż mogłam się śmiać bez poczucia, że niszczę komuś seans. Strzelanie, hajs, Doda, Dorociński, trochę brakowało mi Gebelsa, ale jestem totalnie na tak. Musicie zobaczyć, Wegeta Pasikowskiemu nawet do palców u stóp nie sięga.
Teraz w szybciutkim tonie o filmach Oscarowych, które z powodu choroby udało mi się obejrzeć dopiero po rozdaniu nagród, ale nie ma tego złego – seanse w kinach studyjnych były nawet i fajniejsze (nie licząc tej jednej malutkiej sali w Arsie, w której myślałam, że dostanę zawału, taka była mała).

Call me by your namepowinien obejrzeć każdy. W sensie: północne Włochy, lato 1983 roku, to już powinno mówić samo za siebie. Każdy element tego filmu gra człowiekowi na emocjach. Od bohaterów i aktorów się w nich wcielających (och,Timothee…), poprzez scenografię, widoki, muzykę i… tematykę, bo to chyba najważniejsze. Call me by your name niszczy od pierwszej minuty do ostatniej, rozwala człowieka na kawałki i ma taki klimat, którego się nigdy nie zapomni i którego chyba żaden film na razie nie jest w stanie przebić. Choć tu jeszcze chciałam dodać, że książka jest jeszcze bardziej rewelacyjna (bo przemyślenia Elio, głównego bohatera) i ją również totalnie warto przeczytać (najlepiej po angielsku, bo te wszystkie myśli przetłumaczone na polski, meh).
Oglądałam również Lady Bird i jakby nie do końca rozumiem zachwyty. W sensie, po Oscarowym filmie, w porównaniu do wszystkich innych, które dane mi było zobaczyć, spodziewałam się jakiegoś wow. W zamian dostałam film o dorastaniu w takiej a nie innej rodzinie, i chociaż z niektórymi problemami każda nastolatka w wieku dojrzewania mogłaby się utożsamić to nie wiem. Czegoś mi brak. Poprawny, ładnie zrobiony, z fajną muzyką w tle ale chyba nic więcej… Nie wiem, nie ma tu ani przełomowych wydarzeń, ani szalonych zwrotów akcji… No nuda trochę. A także zmarnowany potencjał (według mnie).
Na I, Tonyawybrałam się do kina z koleżanką, w sumie nie wiedząc na co się szykuję. Film opowiada historię łyżwiarki figurowej Tonyi Harding, która w 1994 została uwikłana w incydent, w którym zostaje ranna jej rywalka. Film, a raczej reportaż czy dokument opowiada więc tą burzliwą historię, która serio daje do myślenia. O tym, jak bardzo własna rodzina może człowieka pogrążać, jak trudno jest dojść na szczyt a jak łatwo z niego spaść i w zasadzie, że jeżeli umiesz liczyć to licz na siebie, bo ludzie zawodzą. Z kolei miłość jest beznadziejna, a najbardziej pomogą ci ludzie na pozór dla ciebie obcy. Nie znałam tej łyżwiarki, nie wiedziałam, o co chodzi, a po seansie musiałam zrobić research. To chyba dobrze świadczy. Poza tym – Sebastian Stan. Dla wielu to powód do tego, by kupić bilet. Jestem pod ogromnym wrażeniem.
Jednak filmem, który wywarł na mnie największe wrażenie jest Three Billboards Outside Ebbing, Missouri, czyli historia zrozpaczonej śmiercią córki matki, która nie podda się, dopóki nie odnajdzie mordercy. Skoro policja zawodzi, kobieta bierze sprawy w swoje ręce i… Dzieją się różne dziwne, straszne rzeczy. Małomiasteczkowość, która wylewa się z każdego roku, bohaterowie, „dobrzy ludzie”, którym wydaje się, że wiedzą lepiej a jednak niekoniecznie i w końcu ta niezłomna kobieta, która poświęca życie swoje, swojego syna po to, by dowieść prawdy. Za wszelką cenę. Kreacje bohaterów – miazga. Zasłużone dwa Oscary. Chociaż o takich portretachgłupio mówić, że są super, to taki właśnie jest ten film. Smutny, dobijający, ostateczny, wbijający w fotel. Dawno nie widziałam czegoś tak dobrego.
W tak zwanym międzyczasie dodałam na Netflixie tyle rzeczy „do obejrzenia”, że ja naprawdę średnio widzę moją obronę (bo ponoć trzeba bronić pracę, a ja dopiero/aż mam jej już połowę). Niemniej, kto by się teraz tym przejmował, prokrastynacja rządzi się przecież swoimi prawami. Ahoj!  
*Zdjęcia pochodzą z imdb.com