„Once upon a time… in Hollywood” zachwyca czy nie?

Zastanawiam się jak wielkim wstydem jest przyznanie się, że nie widziałam dotąd żadnego filmu Quentina Tarantino. Do zeszłej środy. Od tamtej pory uporczywie staram sobie ułożyć w głowie moje myśli odnośnie seansu, a jest ich tyle, że whoa!, zaraz eksploduję.

Niniejszym oświadczam, że nie będzie to „recenzja” a jedynie subiektywna opinia, zbieranina myśli, i tym podobnych, uwarunkowana przeczytanymi książkami i fisiem w sprawach kryminalnych.

A ten fiś to objawił się już w momencie, kiedy zobaczyłam, że w filmie Tarantino zagra Zawierucha. Jeszcze przy okazji tegorocznych Oscarów, był jakiś program właśnie z Zawieruchą który na luzaku chodził sobie po LA i rozmawiał z gwiazdami – ci mówili do niego po imieniu, po przyjacielsku i zupełnie nie mogłam/nie chciałam wyjść z podziwu.

źródło: imdb.com

Gdzieś w tak zwanym międzyczasie (bardzo uwielbiam to wyrażenie i żałuję, że nie wiem kiedy i gdzie spotkałam się z nim po raz pierwszy) dostałam propozycję przeczytania książki o Mansonie. Następnie wyszedł reportaż o Kobietach Mansona, książka o Sharon Tate… Samonapędzająca się karuzela stała się idealnym tłem do promocji nowego filmu Quantina. Na który oczywiście do kina nie mogłam się nie wybrać.

Z pełną świadomością, że dzieło trwa prawie trzy godziny. Że nie wiem, co mnie spotka. Czy Zawierusze może wycięli sceny z filmu (przynajmniej byłoby się z czego pośmiać)?

„Once upon a time… in Hollywood” to idealna laurka lat 60-tych, przemysłu filmowego, wolności, fajnego życia, muzyki, hipisów, i wszystkiego co można w przemyśle kinematograficznym lubić, kochać bądź tak samo nienawidzić. I nie ma tu nic złego w tym, że wielu ludziom przeszkadzały sceny z uwaga stopami, albo film wydawał się odrobinę za długi.

źródło: imdb.com

(Momentami również wydawał mi się za długi, ale gdy o tym myślałam których scen ewentualnie można by się pozbyć, nie przychodziło mi na myśl nic sensownego.)


„Once upon a time… in Hollywood” to taka słodko-gorzka historia, która wiemy jak się kończy i choć czerpiemy przez całą jej długość z kolorowych scen, scenografii, słońca, hipisów i tej wolności, którą czuć było w powietrzu, to jednak znamy koniec i czujemy jego oddech na karku. Och, śmiejcie się, pewnie, pijcie te drinki, jeździjcie tym samochodem ale nie myślcie sobie, że to bajlando potrwa wiecznie. Ha, wy tego nie wiecie, a my tak.

Wyjątkowo, bo nie przepadałam nigdy za jednym czy drugim aktorem (co nie znaczy że nie podziwiałam ich wyglądu, well, nie mogłabym), Brad Pitt (Cliff Booth) i Leonardo DiCaprio (Rick Dalton)totalnie mi się podobały. Ich role, trochę komiczne zostały idealnie umieszczone w tym z pozoru idealnym świecie. Jeden, aktor (Rick) którego moment wielkiej sławy już przeminął i pogrywa sobie w jakiś drugorzędnych filmach i serialikach oraz jego kaskader (Cliff), który zajmuje się wożeniem swojego kompana tu i ówdzie. Dogadują sobie, ale są od siebie zależni i się przyjaźnią, są dla siebie jakby rodziną.

źródło: imdb.com

Ich historia pięknie zgrywa się z historią główną ale w filmie trochę poboczną – Sharon Tate, jej męża Romana Polańskiego oraz ich znajomych. Ci pierwsi, młoda para małżonków mieszkają w sąsiedztwie pana aktora Ricka Daltona (DiCaprio) przy Cielo Drive 10050 i powoli się w tej nowej sytuacji zadomawiają. Jakieś imprezy u wspólnych znajomych, rola w filmie Sharon Tate, która została totalnie uroczo w tym filmie przedstawiona dają przez kilka chwil nadzieję na inne zakończenie tej historii. I tym większy pojawia się smutek – przynajmniej pojawił się u mnie – jak widzę jej uśmiechniętą twarz, wolny spacer ulicami Californii, czy czułe gesty po ciążowym brzuchu. W głowie tworzę scenariusze „co by było gdyby” i nawet jak wiem że to gdyby to nie ma prawa bytu, to jest zawód, smutek i żal.

Spotęgowany przeczytanymi książkami, zeznaniami świadków czy osób które w tej tragedii grały główne skrzypce a po latach nie mają do powiedzenia nic sensownego. Bo o ile w moim przypadku wszystko zostawało w sferze domyśleń, niedopowiedzeń i ciągu słów w książce to mogłam mieć do tego neutralne podejście. No stało się, niewyobrażalna tragedia, do której nie powinno dojść. A ona jednak się wydarzyła i to na prawdziwych osobach które miały prawo do szczęścia. Które może byłyby w tym momencie w zupełnie innym miejscu i momencie życia.

Myślałam że po tygodniu od obejrzenia filmu jakoś moja opinia uleży się w głowie a myśli sensownie ułożą w słowa. Ale cóż powiedzieć – jestem zachwycona. Niewiele jest takich małych dzieł sztuki, w których tak idealnie wszystko ze sobą współgra. Począwszy od ujęć, scen (nawet albo – szczególnie, tych samochodowych, w trakcie których niby nic się nie dzieje a jednak ma się wrażenie jakby działo się wszystko), muzyki lecącej w tle i tej scenografii, która zupełnie przenosiła nas do tamtych czasów. Które minęły bezpowrotnie ósmego sierpnia 1969 roku. Tak nawet napisane było w książce o Masonie – Ameryka zmieniła się wtedy po raz pierwszy.

źrodło: imdb.com


Idealnie sprawili się też aktorzy, chociaż niektórych nie darzyłam szczególnym uczuciem. DiCaprio kojarzył mi się jedynie z Oscarowymi zawodami pod tytułem „w jakim filmie go obsadzić, aby dostał wreszcie tą statuetkę”, a Pitt… no, mąż Angeliny. Teraz to już chyba były. Chociaż grany przez niego bohater drażnił mnie swoim zachowaniem, to jednak i z jednym i drugim poczułam nić sympatii. Margot Robbie jako Sharon Tate? No chapeau bas. Urok, lekkość, ten uśmiech i wdzięk bijący od niej na kilometr nawet jeśli tylko szła ulicą.


Dobra, wystarczy, bo zaraz streszczę całą fabułę filmu ? Gdy pojawi się taka możliwość, na pewno film obejrzę jeszcze raz… i jeszcze raz. Choćby dla zakończenia, które wbiło mnie w fotel doszczętnie i zupełnie nie wiedziałam, co się dzieje i czy to jakieś omamy, nieśmieszny żart czy cokolwiek… Po późniejszym przemyśleniu wydaje mi się, że na takie właśnie zakończenie, puentę, ile zależy od przypadku, zasługiwali i bohaterowie (żyjący albo nie) i rodziny tych, którzy dzięki „Once upon a time… in Hollywood” zostaną zapamiętani.

Zobacz także