Moje pierwsze spotkanie z tak wybitną autorką nie było usłane różami. Winię za to swoje wyobrażenia, wybujałe, zainspirowane przeczytanymi wcześniej recenzjami. Chociaż te, w zderzeniu z rzeczywistością, nie wyszły zbyt dobrze, odnoszę dziwne wrażenie, że czas spędzony przy „Grand Union” nie był czasem zmarnowanym.

A to z jednego, prostego powodu. Nie wszystkie opowiadania sprawiały mi w trakcie czytania trud. Czytanie jednych szło mi szybciej, inne z kolei ciągnęły się i ciągnęły, chociaż ja już w połowie zastanawiałam się, „do czego dążymy”.

Głównym zamysłem niniejszej książki, opowiadań („Grand Union” to pierwszy pełny zbiór opowiadań autorki, które były – choć nie wszystkie – publikowane na łamach „New Yorker”), wedle tego co można znaleźć na okładce, to pokazanie, że mimo iż wszyscy jesteśmy ludźmi, to jednak różnimy się na milion sposobów i możliwości. Nie ma idealnej kopii nas samych. Żyjemy na tym samym świecie, a inaczej go postrzegamy; słyszymy to samo, a jednak odbieramy na różne sposoby. Podobnie jest z myśleniem – myślimy inaczej, choć otaczająca nas rzeczywistość jest taka sama. W dzisiejszych czasach to przesłanie wydaje się być naprawdę ważne.

Opowiadania są sobie nierówne. Niektóre zaskakują, sprawiają, że serce się roztapia a słowa prawie dosłownie się połyka. Inne, tak jak wspomniałam wyżej – ciągną się niemiłosiernie i nie sposób nie przerzucić kilku kartek, aby zobaczyć to zakończenie, końcową puentę i pomyśleć, czy warto je kończyć, czy może lepiej przejść do następnego. To też jest jeden z plusów opowiadań – nie trzeba czytać ich chronologicznie, można do nich wracać, zakreślać, bądź jak w moim wypadku, omijać, lub przewracać kartki z nadzieją, że dalej będzie lepiej.

Te, które zapadają w pamięć, są jednak pełnoprawną rozkoszą. Zadie Smith używa języka tak sprawnie, że ma się wrażenie momentami, że jest się z bohaterami przy jednym stole. Że słucha się opowieści bezpośrednio od nich samych, a nie przez narratora podglądającego gdzieś z boku.


Dobre opowiadania równoważą się z tymi słabymi, dzięki albo w zasadzie przez co, książka przynajmniej w moim odczuciu wypada mocno średnio. Jako pierwsze spotkanie z Zadie Smith, serio liczyłam na więcej i trochę się zawiodłam. Mam nadzieję, że jak nie ta, to inna książka tej samej autorki (wypożyczyłam właśnie „Łowcę autografów”) spodoba mi się bardziej. Bo na pewno Zadie Smith jest dobrą pisarką, autorką – pisze świetnie, otula czytelników swoimi słowami, tylko jakoś nie wszystkie myśli trafiają w sedno. Oby do następnego.

Zobacz także