„Rówieśniczki” Katarzyna Tubylewicz

Posted on
in 52BookChallenge2019

Zahuczało o tej książce w Internecie. Czytając wiele pochlebnych opinii na jej temat stwierdziłam, że dam jej szansę. Niedawno temu skończyłam ją czytać, ale uczucia mam, hm… mieszane. 

Od początku. „Rówieśniczki” Katarzyny Tubylewicz opowiadają o trójce przyjaciółek, które poznały się w czasach szkolnych, a których droga się rozeszła. Przypadkowo spotykają się na przyjęciu w sztokholmskiej ambasadzie. Joanna, żona dyplomaty, Sabina, przykładna matka i kobieta, pracująca w katolickim czasopiśmie oraz Zofia, próbująca stać się „bardziej szwedzka”. Trzy kobiety łączy wspólna przeszłość, jednak każda z nich wspomina ją nieco inaczej. 

Wielkim plusem „Rówieśniczek” jest to, że nie spotkamy tu tego słodkiego tonu rodem z komedii romantycznych, gdzie przecież wiadomo już od samego początku, że niezależnie od tego, co się stanie w trakcie książki, to końcówka i tak „zaskoczy” nas happy endem. Katarzyna Tubylewicz zwraca uwagę na brak tolerancji wśród ludzi, na odmienność rasową. O to, że życie nie wygląda jak z bajki, nie jest idealne. Nikt nie jest. Każdy skrywa jakąś tajemnicę. 
Każda z kobiet, kiedy się spotykają, udaje kogoś innego. Nikt nie chce przecież przed przyjaciółmi wyjść blado. Każda udaje, że jej życie jest idealne. Zero problemów z dziećmi. Z pracą. A mąż wcale się źle nie zachowuje. Ale po co to mydlenie oczu? By poczuć się lepiej?
Prawda jest taka, że książka ta jest odbiciem w lustrze nas samych. Nas, którzy hm, przed swoim wrogiem udajemy, że wszystko jest OK, byle tylko nie dać mu satysfakcji. Bo po co karmić wroga? Lepiej żyć z nim w zgodzie. 
„Rówieśniczki” to piękna książka o przyjaźni. O ludziach, relacjach ich łączących oraz tym, że na pozór idealne życie wcale nie musi takie być. Co innego jest mówić, że „wszystko w porządku”, gdy w duszy gra zupełnie inna melodia. Powinien ją przeczytać każdy, by zobaczyć, że nie wszystko jest czarno-białe. Polecam.  5/5

„Gospodyni prawie do wszystkiego” Monika Szwaja

Posted on
in 52BookChallenge2019
Książki pani Moniki Szwai z pewnością nie zaliczają się do tej górnolotnej literatury, którą każdy powinien znać. Jest to po prostu książka na lekkie, letnie wieczory, kiedy to nie chcemy zbytnio skupiać się nad tym, co aktualnie mamy przed oczami.
Bohaterką „Gosposi prawie do wszystkiego” jest Maria, która postanawia odmienić swoje życie. Nie chce być już żoną swojego męża, który sprawił, że musiała porzucić swą uczelnianą karierę. Maria, prawie-doktorantka językoznawstwa, stłamszona przez męża, chce żyć od nowa. Przecież życie nie musi być takie niesprawiedliwe! Nie musi polegać na spełnianiu czyichś zachcianek. Podejmuje decyzję:  wyprowadza się w bliżej nieznane. Wsiada w samochód i jedzie przed siebie. Zaczyna smakować swojego życia, życia, którego nie znała. Zaczyna pracować jako gosposia. Ale nie myślcie sobie, że taka normalna gosposia, która uznaje wyższość pracodawcy. Po drodze poznaje osoby, które zmieniają jej życie,  a w tym wszystkim nadal pozostaje sobą – miłą, dążącą do celu Mareszką, przed którą otworem stało nowe życie. Życie, które mimo wszystko mogło być przyjemne… I toczyć się według zasad tylko przez nią wytyczonych. 
 Jak mówiłam, nic górnolotnego. Jednak bardzo miła propozycja na wieczory spędzone z kubkiem herbaty (a w tych warunkach pogodowych: chłodnym napojem). Może nie zostawi po sobie żadnego śladu, nie wryje się wybitnie do umysłu. Ale czy czasem nie można pozwolić sobie na coś niezobowiązującego? 😉

„Szósty” Agnieszka Lingas-Łoniewska

Posted on
in 52BookChallenge2019
Szósty jest chyba pierwszym polskim kryminałem, który było mi dane przeczytać. I to bynajmniej nie dlatego, że miałam taką chęć i potrzebę, ale dlatego, iż spodobała mi się okładka. Ta nie dość, że jest tajemnicza, to nie bije od niej na kilometr śmiercią i tym podobnym, co bezpośrednio kojarzone jest właśnie z tą tematyką książek.

Jak to w wielu kryminałach bywa, książka ta opowiada nie tylko o śledztwie prowadzonym przez Śląski Wydział Śledczy, ale również o dwójce osób, których drogi splatają się w dziwnych miejscach, a koniec końców okazuje się, że pozostaje im razem pracować. Jednak romans ten nie przysłania wartkiej akcji śledczych, którzy czyhają na grasującego seryjnego mordercę, którego celem, jak się okazuje, są blondwłose kobiety. Okazuje się, że historia ta swoje korzenie ma przed wieloma laty, jednak do tej pory nikomu nie udało się odnaleźć osoby, która w tak, powiedzmy, wyrafinowany sposób, mści się na płci pięknej.

Głównymi bohaterami są Alicja Szymczak i Marcin Langer, których drogi po raz pierwszy splatają się w szpitalu, kiedy to Alicja czuwa przy swoim ukochanym, który leży na sali wraz z Marcinem. Kobieta nie zwraca jednak uwagi na drugiego mężczyznę, podobnie jak Marcin, który był w stanie śpiączki.
Przenieśmy się w czasie o sześć lat do przodu. Alicja Szymczak rozwija swoje umiejętności, zaczyna pracę w Śląskim Wydziale Śledczym. Gdzie, jak się okazuje (oczywiście przypadkowo) pracuje Marcin Langer. Mężczyzna ten, przez te sześć lat ma w pamięci pewne przebłyski, w których to właśnie widział Alicję, jednak nie wiedział, gdzie ją widział, zastanawiał się, czy ona w ogóle istnieje. Kiedy widzi ją po raz pierwszy na komendzie, słupieje. Dalszego ciągu mówić nie trzeba.
Poczynania mordercy są coraz odważniejsze. Giną kolejne kobiety, które po tytułowych sześciu dniach od porwania, są przez niego zabijane. Policjanci grają z czasem. Kto wygra? Czy Alicja przezwycięży samą siebie, czy Marcin odnajdzie przestępcę i skarze go na odpowiednią karę?
Na te pytania nie odpowiem, jednak jeśli jesteście równie ciekawi jak ja byłam parę miesięcy temu, z całego serca polecam. Ponadto, wczytawszy się w pochlebne opinie na temat innych książek tej autorki, chyba po nie sięgnę 🙂

„The fault in our stars/Gwiazd naszych wina” John Green

Posted on
in 52BookChallenge2019

Tytuł amerykański: The fault in our stars
Tytuł polski: Gwiazd naszych wina
Stron: 317 (angielska wersja)
Wydanie: ok 2012 roku 
Szóstego czerwca do kin weszła ekranizacja książki Johna Green’a „Gwiazd naszych wina”. Tego samego dnia koleżanka poleciła mi ją, książkę w sensie, mówiąc, że po prostu muszę ją przeczytać. A ja obok takich stwierdzeń nie przechodzę obojętnie. Książka była w języku angielskim (taką też kilka dni później nabyłam), więc większość cytatów, którymi się będę posiłkowała, będzie w takim języku. 
Na samym początku, wedle swojego zwyczaju, przyczepię się do okładki, ale tej polskiej. Zaraz po wejściu filmu do kin, w księgarniach zauważyłam nagłą zmianę: pojawiły się książki z filmową okładką. No serio? Dlaczego wydawnictwa książkowe nadal nie potrafią odróżnić książki od filmu, czy to takie trudne? Okej, rozumiem, dźwignia handlu, chwyt marketingowy, uczyłam się o tym. Co lepsza, przekartkowałam wczoraj taką książkę w Empiku, i gdzieś pośrodku było kilka zdjęć z filmu właśnie. Książka to jedno; film to drugie. Co lepsze, angielska okładka zdobyła moje serce. Prosta, niebieska, z chmurkami. Niezbyt wymyślna, minimalistyczna wręcz. Ale to jest plus. A ta filmowa, to porażka…
Książka opowiada o szesnastoletniej Hazel Grace Lancaster, która jest chora na raka. Dzięki  nowoczesnej terapii, w której bierze udział, ma szansę na w miarę normalne życie. Jej nieodłącznym przyjacielem staje się butla z tlenem, którą cały czas ma przy sobie, by móc łatwiej oddychać. Chodzi na grupę wsparcia, którą nakazali jej rodzice w trosce o to, by nie popadła w depresję. Tam spotyka Augustusa Waters’a, który również był chory na raka, stracił w jego wyniku nogę, jednak chwilowo nie ma reemisji. John Green przedstawił gorzką historię dwójki młodych ludzi, których plany pokrzyżował rak, oraz walka z nim. Pomimo uszczerbków na zdrowiu, starają się żyć dniem, cieszyć się z tego co mają wiedząc, że – jak to powiedziała główna bohaterka – są granatami, które w każdej chwili mogą wybuchnąć, krzywdząc jednocześnie tych, którzy zostali na ziemi.
Czytając tą książkę po raz pierwszy, strasznie ją przeżyłam. Niektóre sceny doprowadzały mnie do śmiechu, niektóre zaś sprawiały, że w moich oczach stawały łzy. Niejednokrotnie klęłam nad nieszczęsnym losem, który nie jest rozdawany nam, ludziom, sprawiedliwie. Kiedy my, zdrowi ludzie w zasadzie nie doceniamy swojego zdrowia, ktoś inny bardzo by tego pragnął. Bohaterowie, czy to główni, czy poboczni (taki Isaac na przykład) mimo wszystko mają w sobie pogodę ducha, która pozwala im zaakceptować to, co zostało im zesłane. W tym wszystkim, co im się przydarzyło, znajdują coś dobrego. Nie zamykają się w sobie, nie twierdzą, że mają najgorzej. Bo zawsze znajdzie się ktoś, kto cierpi bardziej. To jest ta pokora, której brakuje nawet nam, ludziom zdrowym, którzy – bądźmy szczerzy – nie mają takich problemów. 

„It’s a metaphor, see: You put the killing thing right between your teeth, but you don’t give it the power to do its killing”. Augustus

Książka obfituje też w takie momenty i sceny, kiedy czytelnik może powiedzieć: tak, zasługujesz na odrobinę szczęścia. Każdy na nią zasługuje. Główni bohaterowie są młodzi. Wkraczają w życie nastolatków, niemal dorosłych, ale nieraz przeszły więcej od potencjalnego dorosłego człowieka. Mimo wszystko wiodą normalne, poukładane życie. Chodzą do szkoły (to chyba w filmie zostało pominięte), zakochują się, przeżywają chwile zawahania. Jednak wciąż znajdują w tym równowagę. 
Główną zaletą „The fault in our stars” są mądrości, które ona przekazuje. W pięknym stylu pokazuje miłość między dwójką ludzi, którzy przeszli w swoim życiu wiele. Nie ma tej cukierkowatości, którą można dostrzec w większości tego typu książek. Jest choroba, temat przewodni, jest walka z nią. Niekiedy wygrana, niekiedy przegrana – bo taki jest los, życie. Nie ma happy endów, które tak kochamy. Wielkie ukłony dla Johna Green’a, z którym  – może wstyd się przyznać – do tej pory nie miałam nic do czynienia. Słodko-gorzka historia, wywołująca uśmiech i powodująca morze łez. Za to kocham książki: bo przekazują milion emocji. Milion emocji, które wydaje mi się, że sama współodczuwam, kiedy płaczę nad losem tych, z którymi dopiero co zdążyłam się zaprzyjaźnić. Wszystko jest ulotne: życie, książka, wszystko co nas otacza… Czerpmy więc z bohaterów jedno: chęć do życia, jak i chęć ochoty do walki o nie. Reszta… reszta jakoś się ułoży.
Bezapelacyjne 5/5.

„I fell in love the way you fall asleep; slowly, then all at once…” Hazel Grace

Na filmie do tej pory byłam dwa razy. Jest niesamowity. Z pewnością nie ma kilku scen, które zostały opisane w książce, ale i może to dobrze, bo na Sali kinowej zapłakałabym się masakrycznie. Mimo wszystko – książkę polecam milion razy, a film… Przeczytacie – obejrzyjcie, ale nigdy na odwrót 🙂

„Składam się z ciągłych powtórzeń” Artur Rojek

Posted on
in 52BookChallenge2019
Sesja pożera człowieka. Właściwie, wolno go pałaszuje – gryz po gryzie; czas leci między palcami, niby spędzany przy książkach, a jednak ciągle ma się ten niedosyt, że można by więcej/dłużej/lepiej. Prawda jest taka, że niezależnie od naszej wiedzy (albo, jej braku) będziemy się denerwowali, a po wszystkim dziękowali pod niebiosy, że się udało. Na szczęście sesja już za mną; ostatni egzamin ustny, z filozofii, był strasznie stresujący. Obecnie czekam na wyniki jeszcze jednego, aczkolwiek jestem dobrych myśli.
Recenzowałam tu film, książkę… Czemu więc nie płytę? Poniższą recenzję napisałam kilka miesięcy temu, po nabyciu tej płyty, w ramach konkursu na pewnej stronie. Konkursu nie wygrałam, to chociaż recenzję wykorzystam 🙂
Gdy Artur Rojek zdecydował się na odejście z Myslovitz, kręciłam głową, myśląc sobie, że to wielka szkoda tracić tak dobrego artystę, choć już przecież wtedy chodziły słuchy o tym, że zamierza w przyszłości wydać swoją własną, solową płytę. Zanim jednak do tego doszło, pozostawała jedynie nadzieja i niedowierzanie, czy tak stanie się naprawdę. „Składam się z ciągłych powtórzeń” jest więc bez wątpienia płytą niezwykle wyczekiwaną przez nas, fanów pana Artura, których wystawiono na ciężką próbę „puszczając” w obieg Beksę na niemal półtora miesiąca przed oficjalną publikacją płyty. To było naprawdę nie do wytrzymania – wsłuchiwać się w piosenkę i wiedzieć, że minie jeszcze sporo czasu, zanim będziemy się mogli wgłębić w resztę piosenek.

Składam się z ciągłych powtórzeń jest dobrą płytą, bo pominąwszy fakt głosu pana Rojka, który magnetyzuje, mamy styczność z dziesięcioma naprawdę dobrymi i jednocześnie zróżnicowanymi piosenkami, wśród których – tak mi się wydaje – każdy znajdzie coś dla siebie. Najpierw poznałam, jak pewnie większość fanów, Beksę, która sprawiła że z niecierpliwością wyczekiwałam kwietnia. Gdy już miałam tą niebywałą przyjemność włączyć sobie całą płytę i raz po raz wsłuchiwać się w kolejne piosenki, począwszy od Lato 76, które jest niewątpliwym rozliczeniem z przeszłością, poprzez melancholijne Czas który pozostał, czy Kokon, która to piosenka jest może najbardziej „inna” spośród pozostałych, doszłam do wniosku, że decyzja o solowej karierze wyszła tylko i wyłącznie na dobre. Szybsze To co będzie wywołuje uśmiech na twarzy, może to szybszy rytm, czy fakt, iz za oknem świeci słońce sprawia, że właśnie ta piosenka sprawia wrażenie niezmiernie wiosennej. Gdy zabrałam się za pisanie recenzji myślałam, czy da się jakoś określić tą płytę jednym słowem. Jednak – nie da się 🙂

Każda piosenka ma ze sobą jakieś przesłanie, które do mnie (i – jak się domyślam – do innych) trafia prosto w serducho. Melodyjność piosenek, teksty, których po prostu nie da się „nie słyszeć” i w końcu ten magnetyczny głos…. który sprawia, że Składam się z ciągłych powtórzeń można słuchać w kółko i wciąż nie będzie tego dosyć. (Sama jestem tego najlepszym przykładem, ileż można w kółko tego samego słuchać? A jednak!) Jeżeli miałabym taką możliwość polecić komuś tą płytę, komuś, kto – powiedzmy – nie słyszał żadnej piosenki pana Rojka, jestem w stanie polecić ją z całego serca. Bo jest na niej wszystko, czego można chcieć – piękne piosenki, mądre teksty no i oczywiście Artur Rojek. Jako fanka mogę tylko podziękować za tak dobrą płytę…

A tutaj, jeśli ktoś jest zainteresowany, wywiad z Rojkiem dla Eska Rock. I rzecz jasna, obiecuję poprawę z recenzjami!

„Wywiady bez kitu”

Posted on
in 52BookChallenge2019
Są takie książki, które czyta się non stop i wciąż nie ma się dość. Są takie wywiady, w których pytania idealnie pasują do osób, którym się je zadaje. Ostatnimi czasy widać jednak, że większość dziennikarzy dąży do tego, aby z artysty wyciągnąć jak najwięcej prywatnych brudów, a nie skupić się na jego artystycznej stronie. Niezwykle mnie to zasmuca, bo jeżeli już chcę coś więcej wiedzieć, mogę wejść na portal plotkarski. Po wywiadach spodziewam się rzetelnych pytań, które trafiają w sedno, które dają mi szansę lepiej zrozumieć daną osobę, i po prostu mają to coś.

„Wywiady bez kitu”, którym chcę poświęcić dzisiaj kilka słów, bezapelacyjnie mają to coś. Najbardziej niezależni i wpływowi muzycy opowiadają o show biznesie „bez kitu”, o jego ciemnych i jasnych stronach. Dają nam szansę zajrzeć „za kulisy” tego, co tam się dzieje. Mamy szansę poznać mechanizmy, które nimi rządzą i zarazem zupełnie inaczej spojrzeć na nasze autorytety pod postacią danych zespołów czy też solowych artystów.  Na czterystu stronach zamieszczono rozmowy z niemal pięćdziesięcioma polskimi muzykami, dzięki którym możemy zatopić się w tą piękną lekturę… I wracać do niej kiedy tylko chcemy.

Ja zwróciłam uwagę głównie na wywiad z happysadem, Czesławem Mozilem, Farben Lehre, Pidżamą Porno, T. Love, Comą oraz Myslovitz, jednak jestem stuprocentowo pewna, że każdy z Was znajdzie coś dla siebie.  Nie ma sensu, abym cytowała poszczególne wywiady, bo pomijając, że zajęłoby mi to dużo czasu, to jeszcze pewnie nie chciałoby się Wam tego czytać. Zapomniałam jednak dodać, że książka została wydana chyba przed paroma laty, więc sporo pytań teraz ma jakoś inne znaczenie, z uśmiechem na twarzy można popatrzeć, jak dany zespoł zaczynał swoją historię, jak to wszystko było. 
Ja po książkę sięgnęłam z prostej przyczyny – happysad. Słyszałam głosy, że wywiad ten był niezwykły, musiałam więc go zdobyć. Niestety w większości księgarń jest już niedostępny i ja zamawiałam dzięki Allegro. Polecam każdemu miłośnikowi muzyki – z całego serca 😉