Od jednego Lucypera // Anna Dziewit-Meller

Z twórczością Anny Dziewit-Meller pierwszy raz „spotkałam się” parę lat temu podczas lektury jej książki „Disko”. Ta raczej nie zrobiła na mnie większego wrażenia, stąd pewnie moje opory przed „Od jednego Lucypera”. To, że obawy były nietrafione okazało się później, wcześniej zaś nastąpiła pełna mobilizacja razem z Olą, aby ją przeczytać.

„Od jednego Lucypera” to powieść niebanalna nie tylko dlatego, że przeplata ze sobą historie dwóch kobiet, w dodatku oddalone od siebie w czasie. Może dlatego, że obie z kobiet pochodzą ze śląska, a to jak rożnie potoczyło się ich życie wynika jedynie/przede wszystkim z tego, że urodziły się w różnych czasach. Na pewno jednak przez wzgląd na to, że pokazana jest tu siła kobiet, pewna sprawczość jaką niosą na swoich barkach od pokoleń, aż w końcu, że kobieta na tych barkach potrafi unieść o wiele więcej niż mężczyzna, i się nie złamać od tego ciężaru.

Jedną z bohaterek jest Kasia, Ślązaczka z urodzenia, która swoje miejsce odnalazła jednak w Holandii. Z dala od reszty rodziny, jaka jej pozostała, żyła sobie nie za spokojnie ale jednak stabilnie, gdzieś do momentu gdy zachorowała ostatnia bliska jej osoba mieszkająca w Polsce, a w głowie powróciło wspomnienie o pewnej kobiecie ze zdjęcia, o której nikt nie chciał z nią rozmawiać. W tym momencie, cała na biało, wchodzi druga postać kobieca- nie mniej ważna od Kasi. Jest nią Marijka, kobieta około dwudziestoletnia, mieszkająca na śląsku ale u schyłku lat 40. XX wieku.  Już sam fakt zestawienia ze sobą dwóch tak różnych od siebie światów sprawia, że jako czytelnik robię się ciekawa i chciałabym wiedzieć wszystko już, teraz i natychmiast.

Autorka wychodzi temu jakby naprzeciw. Nie od razu dochodzi do sedna sprawy, raczej powoli wtajemnicza nas w historie każdej z kobiety, obrazując świat w jakim żyją, zasady jakie nim rządzą oraz schematy, którymi żyją ludzie w tamtych konkretnych czasach. Kiedy Kasia może pracować, sama się utrzymywać i mieć w nosie to, co powiedzą o niej inni, tak od Marijki wszyscy spodziewają się tego, że będzie siedziała w domu, czekała na męża, gotowała mu obiady oraz była uległa, kiedy ten tylko zechce. Tak jak Kasia trochę chce być od kogoś zależna, tak Marijka idzie do pracy, co nie spotyka się z aprobatą rodziny. Taki a nie inny bieg wydarzeń prowadzi do tego, że kilkadziesiąt lat później fakt jej istnienia jest tematem tabu, który Kasia chciałaby w końcu przełamać.

Najważniejsze u inteligentnej kobiety na poziomie jest poczucie humoru; żeby umieć się śmiać z siebie, tyle jest przecież śmiesznych spraw. Śmiały się więc wszystkie, bo wiedziały, że najgorzej byłoby, gdyby oskarżono je o to, że nie potrafią śmiać się z samych siebie.

Chociaż przy okazji takiej książki wspominanie o serialu „Dom z papieru” jest niewłaściwe, nie mogę sobie tego odmówić. Była w nim taka scena, w której Nairobi krzyczy do słuchawki telefonu, że „nastał czas matriarchatu”. Następnie przejmuje władzę nad całym przedsięwzięciem i chociaż chwila jej chwały nie trwa długo, to jednak.. Co z tego? Tak, jak nie na miejscu jest to porównanie, tak nic innego bardziej tu nie pasuje. „Od jednego Lucypera” pokazuje, że nie tylko Ślązaczki mają w sobie siłę, ale i kobiety. Górują nad mężami, biorą sprawy w swoje ręce, a kiedy czasy nie są im zbyt przychylne, nadal robią to co uważają za słuszne, nawet jeśli konsekwencje ich czynów będą brutalne.

Z kolejnych stron książek wylewa się jednocześnie ogromna moc i siła kobiet, ale także duch czasów na przełomie których przyszło żyć nie tylko dwóm głównym bohaterkom, ale i pozostałym członkinią ich rodzin. Od przeżywania okresu, poprzez domowe sposoby na poronienie, przerażające porody oraz kolejne traumy wpadające do głowy, które później trzeba przerabiać jeśli chce się ruszyć z własnym życiem. W końcu więzi rodzinne, które pod ciężarem głęboko skrywanych tajemnic ulegają rozpadowi, co mimo braku chęci do ich ciągnięcia jest jednocześnie smutne i uwalniające.

Chociaż nie miałam co do „od jednego Lucypera” żadnych oczekiwań, jestem pod ogromnym wrazeniem. Tak, jak powiedziała Ola, niniejsza powieśc zredefiniowała dla niej powieść kobiecą. Od siebie mogę jeszcze powiedzieć: pani Aniu, szapoba. Książka od kobiety, o kobietach i dla kobiet. Ot, co.

 

Zobacz także