Category posts: literatura obyczajowa

Tam, gdzie jesteś // Tomasz Betcher

Posted on - in literatura obyczajowa, literatura współczesna
 

Kobieta jest po przejściach, a mężczyzna ma swoją przeszłość. Każde z nich jest na jakimś swoim zakręcie, z problemami na głowie, przeszłością która bierze nad nimi władzę. A jednak spotykają się w tym  jednym konkretnym momencie i mają ogromną szansę na to, by obrócić jeszcze wszystko o sto osiemdziesiąt stopni. Anna postanawia wziąć rozwód. Jest to trudna decyzja nawet biorąc pod uwagę ostatnie lata i to jak była traktowana przez swojego męża. Wyprowadza się do innego mieszkania. Decyduje jednocześnie, że to najwyższa pora na sprzedanie domku w Jantarze, który odziedziczyła po swoim ojcu. Kiedy przyjeżdża tam jednak pewnego dnia, czeka na nią mała “niespodzianka”. Mianowicie – lokator. Adam, bezdomny mężczyzna, który postanowił się schronić w niezamieszkanym domu na okres jesienno-zimowy. Czy ich drogi jakoś się połączą? Czy bohaterowie w końcu rozpoczną nowe życie?


Przyznam, że dawno nie czytałam takiej powieści. Lekkiej, niezbyt skomplikowanej i nawet przyjemnej, jeśli nie patrzy się na zabiegi okoliczności jakoś nadarzające się jeden po drugim. “Tam, gdzie jesteś” to bardzo przyjemna opowieść o… życiu. Codzienności, której daleko jest do tej z pierwszych stron gazet. Problemy piętrzą się i piętrzą, życie wymyka się spod kontroli, a na dodatek brakuje sił do tego, by wziąć się w garść. Kiedy jednak los postanawia się zlitować, złączyć dwie osoby jedną historią, przeciąć dwa życia w jednym momencie, zaczyna dziać się magia.

 

Magia jednak nie zaskoczy czytelnika. Nie wymyśli czegoś, czego nikt by się nie spodziewał. Bo chociaż “Tam, gdzie jesteś” nie można odmówić lekkości, to jednak przewidywalności… nie za bardzo. Mam  na myśli oczywiście to, że już po przeczytaniu paru stron domyślałam się, jak to wszystko się zakończy, mogłam jedynie mieć wątpliwości co do tego, jak to się wydarzy i jak zakończy. Sposób, w jaki autor ubiera myśli w słowa sprawia, że treść, historię chłonie się na dosłownie jednym wdechu i już tu niby początek, a zaraz śmiga przed oczami tylna okładka i wielkie  “kooniec”. Jest bajkowy klimat, spełnianie marzeń i nawet los, który w końcu po wielu latach nie podstawia pod nogi kłód. Zadziwiające.

 

Chciałam jednak przenieść się do Jantaru, choćby na chwilę, gdzieś w przerwie między mrocznymi historiami i kryminałami. Nie jest to lektura wysokich lotów, zaledwie na jedno popołudnie, ale czasem można i tak 🙂

Egzemplarz książki otrzymany dzięki uprzejmości
 
 

Jak upolować pisarza // Sally Franson

Posted on - in literatura obyczajowa, literatura współczesna
 
Główna bohaterka książki, Casey Pendergast jest dyrektorką kreatywną w agencji reklamowej. W świecie marek, brandów czuje się jak ryba w wodzie nawet, jeśli jej jedyną lekturą jest Instagram, czyli jakby nie było – same zdjęcia. Pnie się po szczeblach kariery z myślą, że im bardziej podmili się swojej szefowej, im bardziej wyrzeknie się swojego zdania i swojej opinii, tym szybciej osiągnie sukces a ludzie, z którymi pracuje w końcu ją docenią. Los wydaje się jej sprzyjać i kobieta w końcu dostaje zadanie w którym może się wykazać – musi pozyskać znanych pisarzy do kampanii organizowanej przez jej firmę. Coś, co miało się okazać łatwym zadaniem, szybko wyprowadza Casey z równowagi i zrzuca na nią wiele problemów, z istnienia których nie zdawała sobie wcześniej sprawy.
 
Zdecydowałam się na przeczytanie „Jak upolować pisarza” bo opisie z okładki spodziewałam się czegoś humorystycznego, lekkiego, przy czym fajnie spędzę czas w myśl, że czas odpocząć od kryminałów. Tyle, że ja naprawdę nie wiem – a mówię to już chwilę po skończeniu czytania książki – o co tu chodziło. Główna bohaterka, która wydawała się być przynajmniej przez kilka początkowych stron przedstawicielką młodego pokolenia, tego samego, który zamiast po książki siedzi cały czas w telefonie, dość szybko zaczęła mnie denerwować swoim zachowaniem. Z jednej strony chciała być niezależną kobietą, z drugiej gdzieś po głowie chodziła jej chęć bycia akceptowaną, docenianą a więc robiła wszystko, co kazała jej szefowa byleby tylko zaistnieć. No matter what.
 

Umysł i serce są tak kruche. Na jakiś czas straciłam oba. Tylko wyjątkowi ludzie i wyjątkowe książki – które przypinają ci, że owszem, jakiś czas temu umarłeś, ale wciąż możesz powrócić do życia – pomagają ci je odzyskać.

 
Duże nadzieje wiązałam z tym „pisarzem” zawartym w tytule, tymczasem jedynych pisarzy z jakimi mamy tu do czynienia to na przykład przyjaciółka głównej bohaterki, która przez większość czasu powtarzała jedynie, że „musi pisać”, że „powinna to robić”, a w zasadzie już jest docenianą pisarką mimo, że nie udało się jej jeszcze niczego wydać (chyba, że coś przegapiłam). Ogólnie wydaje mi się, że więcej o tej książce czytałam dobrego w zapowiedziach, niż w późniejszych recenzjach o niej.
 
Gdy zaczynałam ją czytać byłam podekscytowana przyszłą lekturą. Cieszyłam się, że w końcu ktoś napisał coś o pisarzach, osobach przelewających myśli w słowa. Tymczasem opowieść, którą dostajemy opowiada o dziewczynie, która robi wszystko by spodobać i zaimponować swojej szefowej, która z jednej strony chce dobrze ale robi wszystko na odwrót i jeszcze dziwi się, że społeczeństwo i bliscy jej ludzie reagują tak, a nie inaczej. Chyba jednak zostanę fanką kryminałów i reportaży, bo przynajmniej tam, nawet jeśli nie ma efektu wow, dowiaduję się czegoś ciekawego. A nie podążam za osobą, która ślepo w kogoś wpatrzona robi głupoty, poniża się a dopiero później dochodzi do wniosku, że jednak o to w życiu chodzi.
 
Za egzemplarz książki dziękuję
 
 

Miłość w chmurach // Eithne Shortall

Posted on - in literatura obyczajowa, literatura współczesna
Cory Hendricks dochodzi do siebie po nieudanym  związku i wątpi w to, że kiedykolwiek znajdzie miłość. Aby urozmaicić sobie czas w liniach lotniczych Air Lingus postanawia zacząć bawić się w swatkę. Na czym to polega? Ano na tym, że skoro już rozdziela miejsca pasażerom, równie dobrze może im pomóc znaleźć swoją drugą połowę. Nie byłoby w tych jej intencjach może niczego złego gdyby nie fakt, że, cóż, zaczyna się bawić w szpiega. Jakoś przecież te osoby do siebie trzeba dopasować, a na pewno nie zrobi tego znając jedynie ich imię czy nazwisko. Czy sama Cory odnajdzie odrobinę szczęścia?
 
Mam z tą powieścią wielki problem. Może inaczej: nie wielki, a spory. Bo trochę takiej lekkiej powieści potrzebowałam, żeby się odstresować, nie myśleć i nie analizować. Ale jednak tak czy siak od lektury (jakiejkolwiek) czegoś się wymaga. Chociaż do stylu autorki, tego jak przedstawiła historię nie mogę się przyczepić,  tak do samej historii… No jakby nie rozumiem fenomenu.
 
Oczywiście żyjemy w takich czasach kiedy w pary łączą nas aplikacje czy strony internetowe. Swatanie zapewne też nie jest nikomu obce. Ten opisany w Miłości w chmurach pomysł  na początku więc nie wydaje się być taki zły. Skoro ludzie spędzają w samolotach tyle czasu, może nie jest głupim pomysłem by i tu szukać drugiej połówki. Wychodzę jednak z założenia, i to odczucie po przeczytaniu całej książki tylko się umocniło, że jednak wolałabym wiedzieć, że ktoś celuje we mnie strzałą amora. Cory, działając oczywiście z dobroci serca, chciała pomóc pasażerom tyle, że nie zadała im pytania czy tego potrzebują. Czy chcą, by ktoś narzucał się im w trakcie podróży swoim towarzystwem. W ogóle: skąd ona akurat ma wiedzieć, że dla kogoś stanowi to cel w życiu?
 
Nie wspominając o fakcie, że Cory, żeby jakoś połączyć ze sobą tych ludzi robiła research. Dosłownie śledziła tych ludzi, by dowiedzieć się o nich jak najwięcej a później dobrać adekwatnie do ich oczekiwań partnerów, współpasażerów. Czy tylko mnie to przeraża? Ja wiem, wiem, dobroć serca, czyste intencje, chęć szerzenia dobra. Ale serio??? Śledzenie w social mediach z danych zobaczonych w paszporcie? Swatanie kogoś, kto może sobie tego nie życzy??
 
Jako całość, Miłość w chmurach to naprawdę miła i lekka lektura w sam raz na letnie wieczory. Tyle, że pomysł, który naprawdę miał potencjał został według mnie tak spłycony, że po prostu byłam zażenowana, czytając to. A szkoda.

 

PRZEDPREMIEROWO Nowakowie. 1. Kruchy fundament // Barbara Sęk

Posted on - in literatura obyczajowa, literatura współczesna
 
Wydawałoby się, że ich życie jest idealne. Że jako małżeństwo uzupełniają się nawzajem i zaspokajają swoje potrzeby. Że są idealną rodziną, taką wyjętą z obrazka, której wszyscy ci zazdroszczą, jeśli jesteś jej członkiem. Nic bardziej mylnego. On, wzięty adwokat prowadzący rodzinną kancelarię, czuły, opiekuńczy, spełniony jako ojciec. Z kolei ona, piękna, błyskotliwa, dba o ognisko domowe, sprawia, że cała rodzina jako powiedzmy instytucja działa tak jak powinna. Duża, sześcioosobowa rodzina, wielki dom w Krakowie i rodzina, która… nie powstała na podwalinach wielkiej miłości a raczej zupełnego przypadku, bo przecież przypadki chodzą po ludziach. Romanse również bo okazuje się, że jakby nie wszyscy w tej rodzinie są sobie wierni, i to co miało być na chwilę zostaje na dłużej a jak wiadomo kłamstwo ma krótkie nogi i najlepiej o tym przekonał się Krzysztof.
 
To taki krótki wstęp.
 
Nie, nie zdradziłam wszystkiego. Czytałam książkę i to co tu napisałam to tylko jakby czubek na stercie problemów, jakie ma rodzina Nowaków (ach tu się chce powiedzieć, czy nie ma bardziej polskiego nazwiska?).
 
Bardzo chciałam tę książkę przeczytać co biło się z moim drugim uczuciem to znaczy bałam się, że znowu trafię na polską sieczkę (przepraszam za uogólnianie) pod tytułem budzę się rano w różowych okularach i świat jest piękny i tym podobne, na szczęście jednak trafiłam do takiej rodziny, która ma mnóstwo problemów, wobec czego przyglądanie się jak to wszystko co było wśród nich budowane przez jakiś okres czasu się burzy, no nie powiem, jakieś emocje we mnie wywołało i zostało w głowie na wiele dłużej.
 
„Kruchy fundament” to książka nie taka gruba, bo opisuje zaledwie trzy dni z życia jednej rodziny. My jako czytelnicy jesteśmy świadkami zapadnięcia się właśnie tych fundamentów, wielu konfrontacji, niedowierzania – znajdujemy się w centrum, tuż przy tych bohaterach, których życie już nigdy nie będzie takie jak dotychczas. Ojciec rodziny zrobił kilka głupich rzeczy (zaczynając od poślubiania swojej żony) i jakby w tym wszystkim nie przewidział tego, że to co robi niby dla dobra rodziny (swoją drogą uwielbiam to sformułowanie) sprawia, że… stoi przeciwko niej.
 
Nie sposób rozpisywać się o książce tak dobrej, wypisując i jednocześnie spoilerując ją na wszelkie możliwe sposoby. Nie chcę odbierać Wam tej przyjemności obcowania z tą tragedią, tym rozpadnięciem się fundamentów bo to trzeba przeczytać samemu. Chciałam jedynie powiedzieć, że i tym razem myliłam się w swoich osądach i serio nie mogę być bardziej ze swojego błędu dumna. „Kruchy fundament” to książka o upadku dużej, krakowskiej rodziny, która z pozoru była idealna, ale jak widać niekoniecznie. Bohaterom się współczuje, ma się ich ochotę przytulić i naprawdę żałuje się, że tego zrobić nie można.
 
Lepszej rekomendacji chyba nie znajdziecie 😊
 
(A ja niecierpliwie czekam na drugą część!).
 
Premiera książki 6.06.2018
 

Niksy // Nathan Hill

Posted on - in literatura obyczajowa, literatura współczesna

Moje problemy z Niksamipolegały  na tym, że a) jest to wielka i gruba książka, której nie chce się człowiekowi ze sobą nosić, więc czyta się ją w domu, wieczorem, w łóżku,  b) mam abonament na netflixie, co oznacza że najczęściej wieczorem w łóżku siedzę z łbem w ekranie a nie w książce i c) do pewnego momentu Niksy mnie nudziły, nie wciągały, wobec czego i czytanie odkładałam na dalszy plan. W pewnym momencie jednak coś mnie zaskoczyło, książkę dokończyłam i z niemałym opóźnieniem lecę Wam coś o niej napisać, żeby w końcu to z siebie wyrzucić.
Bardzo chciałam Niksy przeczytać, bo (abstrahując już od tej parszywej okładki, którą uwielbiam) wszyscy ją chwalili. Dodawali zdjęcia na Instagram i pisali, że to najlepsza książka roku, że każdy ją powinien przeczytać. No to oczywiście spodziewałam się jakichś nie wiem, salw, konfetti, jakiegoś oszałamiającego wrażenia w trakcie i po jej przeczytaniu. Tyle, że do pewnego momentu czytając ją, męczyłam ją niemiłosiernie (zastanawiam się, co sprawiło, że jej nie odłożyłam w trakcie – chyba ciekawość) i dopiero gdzieś od połowy poczułam olśnienie. Pozwalające w szybszym tempie dokończenie jej. Więc nadal nie rozumiem fenomenu. Niemniej na swój własny, dziwny i nadal dla mnie niezrozumiały sposób urzekła mnie ta książka, dlatego trudno mi o niej cokolwiek napisać.
Samuel, główny bohater, jest wykładowcą i trochę niespełnionym pisarzem. To jest, napisał jedną książkę, podpisał kontrakt na drugą ale jakoś pisanie mu szło średnio (pewnie dlatego, że większość swojego wolnego czasu spędzał w wirtualnej Elflandii). Nagle nadarza się okazja, pojawia się idealny temat na kolejną książkę a to oznacza powrót do przeszłości. Tak to się właśnie zaczyna. Samuel konfrontuje się z przeszłością, do której się przyzwyczaił, której nie rozumiał wówczas, gdy był dzieckiem, która odkrywa przed nim karty, kiedy na jaw wychodzą jakieś niesnacki, rodzinne kłótnie, miłosne zawirowania, no po prostu – człowiek cofa się o kilka lat i to wszystko jakoś wraca. Bardziej, żywiej i mocniej. Bohater musi to jakoś sobie poukładać w głowie. A my razem z nim – bo to my słuchamy opowieści o jego mamie, jej przeszłości, jej dorastaniu, widzimy jak decyzje mają wpływ jedna na drugą, jak wszystko z siebie wynika…

Pwnage zawsze bowiem chciał być pasjonatem czytania i uważał, że pomysł zwinięcia się w kłębek na kanapie z książką i herbatą na całe popołudnie to naprawdę znakomity sposób zaprezentowania się w internecie.

Nie bez pardonu jest też tytuł. Niks to w końcu ktoś, kogo kochałeś ale przy sobie nie zatrzymałeś. To nieosiągalne marzenie bądź rzecz, której po prostu nie możesz posiadać. Z tym zmaga się w powieści Samuel – z ludźmi, którzy go opuścili, rzeczami, których nie może (albo nie chce) osiągnąć, i ze światem, który go nie rozumie. Samuel otwiera kolejne karty przeszłości, cofa się do wydarzeń z młodości jego matki, próbuje zarobić na tym pieniądze (skoro już nie rosną na drzewach), a przy tym wszystkim jest jakoś tak niewiarygodny, że nie wiem. Nie polubiłam go totalnie. 


Bo czyż jednym z powodów popychających nas ku wielkości nie jest także potrzeba triumfalnej odpowiedzi tym wszystkim, którzy zranili nas najgłębiej?


Przyznać w tym miejscu muszę, że książka – jako całość – robi wrażenie. Opowiadana historia jest dość złożona, a jeśli weźmie się pod uwagę zakończenie, powód, przez który życia wszystkich bohaterów potoczyły się tak a nie inaczej ma się wrażenie, że potencjał – całości – został naprawdę… spłycony. W sensie, skoro już to czytałam tyle czasu, skoro znalazłam trochę inspirujących myśli (zanotowałam) to spodziewałam się jakiegoś wielkiego WOW pod koniec. Tymczasem jeśli rzeczywiście powód jest taki, jaki jest, no to… SERIO? Wielka książka, książka roku, najlepsze co możesz przeczytać? Jestem ogromniaście zawiedziona. Nie twierdzę przy tym, chciałam zaznaczyć, że Niksy to zła książka, bo to byłoby kłamstwo. Złożoność bohaterów, wyjątkowa historia, jedna i druga, życiowe zawiłości, problemy, które może mieć każdy z nas… Ale wciąż. Jakoś mi mało. Czegoś mi brakuje. Jeśli nie czytaliście jeszcze tej książki i jesteście jej ciekawi – tylko wersja na czytnik. A później dajcie znać, co myślicie 😉

Historia złych uczynków // Katarzyna Zyskowska

Posted on - in literatura obyczajowa, literatura współczesna

Nina przyjeżdża na studia do Warszawy. Wierzy, że ma szansę na lepsze życie niż to, które prowadzi jej matka. Jednak dzień, w którym wsiada do samochodu tajemniczego mężczyzny zmienia wszystko. Dziewczyna wikła się w dziwny, toksyczny i niebezpieczny związek, od którego wszystko się zaczyna i na którym wszystko się kończy. Mężczyzna bowiem szybko znika, a Nina w akcie desperacji wszczyna poszukiwania. Które, jak wiadomo, do niczego dobrego nie prowadzą. Doprowadzają ją do domu, w którym ktoś dawno temu popełnił zły uczynek. Niejeden. Kto za nie zapłaci?
Co to jest za książka. W sensie, biorąc ją do ręki a wcześniej – decydując się na jej zrecenzowanie – spodziewałam się chyba wszystkiego, tylko nie tego, co dostałam. Historia złych uczynków to taka opowieść o tym, że nie tylko dobro wraca, że karma to jednak jest such a bitch, a życie jest w swojej prostocie, w swoich przypadkach po prostu zadziwiająco… nudne i zwyczajne.
Dość szybko okazuje się, że Nina, główna bohaterka, niby łapie pana boga za nogę. Że niby udaje jej się wyrwać z małej wioski, że niby ma tą jedyną w swoim rodzaju szansę na zbudowanie swojego życia od nowa, by było lepsze niż to, które prowadziła jej mama (wychowując ją samotnie). No i to wszystko się kończy na tym „niby”, bo facet okazuje się porażką, w akcie tej porażki ona rezygnuje ze swoich przyjaciół, później zostaje sama, później sama rozpoczyna poszukiwania, i tak jakoś się jeszcze szybciej – okazuje, że ona jest taka sama jak jej mama, a życie w samotności i problemach to chyba znak rozpoznawczy tej rodziny. Później na jaw wychodzą kolejne kłamstwa, kolejne ukryte i nieopowiadane historie, zbiegi okoliczności, które nawet nie kolą tak po oczach, a na końcu to już jest jazda bez trzymanki.
Serio, spodziewałam się jakiejś ckliwej opowieści, a dostałam bardzo dobrze napisaną historię o życiu, które cóż, może mieć każdy z nas. Sąsiad, czy znajomy. Że przeszłość jednak ma znaczenie, że to, co robimy, zawsze ma wpływ na kolejne pokolenia, a tak w ogóle to życie jest beznadziejne i zazwyczaj lądujemy w takim miejscu, o którym nigdy nie chcieliśmy nawet myśleć.

Historia złych uczynków to opowieść, trochę smutna i na szczęście nie tak bardzo przewidywalna o ludziach, którzy może i chcieli jak najlepiej ale gdzieś po drodze wyszlo jak zawsze. Mimo wszystko dobrze spędziłam przy tej książce czas, a powód tego, że piszę o niej dopiero teraz – niestety – wynika z faktu że umierałam sobie i umieram nadal, i mam dość chorowania na jakiejś najbliższe dwadzieścia, trzydzieści lat.
Trzymajcie się w zdrowiu!
Za możliwość przedpremierowej lektury książki dziękuję
12