„Gej w wielkim mieście” Mikołaj Milcke

by
Posted on
in 52BookChallenge2019
Ja to mam szczęście do książek. Chodziłam po Empiku, kiedy w moje dłonie wpadła książka „Chyba strzelę focha”, czyli druga część „Geja…”. Zauroczona tym, co było napisane na okładce gotowa byłam iść już do kasy. Dopiero wtedy moje bystre oko zauważyło, że o nie, nie tym razem. Kilka dni później, korzystając ze Światowego Dnia Książki i Praw Autorskich, zakupiłam sobie więc „Geja…” ale w formie e-booka.


Główny bohater jest homoseksualistą, za kilka dni ma rozpocząć studia na Uniwersytecie Warszawskim. Wyjeżdża z prowincjonalnego miasteczka na wschodzie Polski do wymarzonej stolicy. Opuszcza dom, w którym nigdy nie czuł się szczęśliwy. Wierzy, że teraz rozpocznie nowe życie, zostawiwszy za sobą rodzinne problemy i zaściankowy sposób milczenia. 

Na samym początku warto zaznaczyć, że akcja książki dzieje się przed paroma, niemal dziesięcioma laty, więc niektóre rzeczy, które teraz są dla nas oczywiste, w tamtych czasach dopiero co zakorzeniały się w naszej kulturze. Wszystko było inne, ludzie w większości mieli zaściankowe poglądy, a wszyscy ci, którzy spośród nich się wyróżniali, byli traktowani po macoszemu.
Bezimienny dwudziestolatek kończy szkołę średnią, dostaje się na dziennikarstwo na Uniwersytecie Warszawskim i przede wszystkim… jest gejem, co sprawia, że jego życie jest inne, niż to jego rówieśników. Dlatego też z wielką chęcią opuszcza miasteczko, gdzie nie czuł się sobą. Była to też może chęć opuszczenia rodziny, która niekoniecznie go akceptowała – sceptyczny ojciec, z którym nie miał dobrych kontaktów, młodszy brat wymykający się spod kontroli oraz matka, niereagująca na to, co dzieje się w rodzinie.
Wyprawa do Warszawy jest więc dla niego swoistym nowym początkiem, początkiem jego nowego życia. I na tym by się mogło skończyć, jeśli nie chciałabym mówić niczego, co obraziłoby Dwudziestolatka. Ale na tym nie skończę. Ma fajne mieszkanie, studiuje fajny kierunek, poznaje dużo fajnych ludzi, którzy go akceptują takim, jakim jest. Dwudziestolatek po prostu zachłystuje się tym samodzielnym, dorosłym życiem. Poznaje nowych ludzi. Odkrywa sam siebie, swoją orientację, ludzi takich jak on. I to jest dobre, bez wątpienia. Bo każdy z nas powinien w końcu samego siebie odnaleźć, wejść „w głąb” siebie, poznać to, co go kręci, co go podnieca, co wywołuje uśmiech i sprawia, że ma radość do życia.   Wiem również, że Bezimienny jest młody, że on siebie dopiero szuka, popełnia błędy, bo młodość jest właśnie od popełniania błędów i nauki na nich, ale… serio?
Bezimienny jest słodki w swojej naiwności. Myśli, że świat jest piękny. Wszystko jest bezpieczne, a ludzie są dla siebie mili. Nie, nie są. Zło czyha za każdym rogiem. Musimy non stop mieć otwarte oczy. A Bezimienny? Najpierw Wiktor – ale to możemy zaakceptować. Ale wyjazd do innego miasta, by poznać kogoś, kogo się nie zna… To jest szczyt naiwności i kompletnego braku wyobraźni. To jedyne, co mogę Bezimiennemu zarzucić.
Bo prawda jest taka, że ta książka jest nie tylko o orientalności głównego bohatera. Książka opowiada o młodych ludziach, którzy wkraczając w dorosłe życie, poznają jego wady i zalety. Wpadają  w pułapki, by później się z nich uratować. Poznają niewłaściwych ludzi, by później tego pożałować. Wplątują się w dziwne i niebezpieczne sytuacje, by poznać grozę życia. Od tego jest młodość. Bezimienny i jego przyjaciele poznają życie, poznają siebie, poznają to, jacy są inni. O czym jest więc książka? O życiu, o młodości… I każdemu, kto nie jest uprzedzony do homoseksualizmu, polecam z całego serca 🙂
Jak tam mija Wam przedostatni dzień weekendu? U mnie pada deszcz, aż nic się człowiekowi nie chce robić..

„Upodobanie do brzydkich kobiet” Richard Millet

Posted on
in 52BookChallenge2019
Powinnam wyleczyć się chyba ze swojej manii zwracania uwagi na okładkę, bo to w końcu mnie zgubi, tak czuję. Będąc w bibliotece po prostu nie mogłam się jej oprzeć, a że opis na okładce mnie… zaczarował, pomyślałam sobie, a kozie śmierć, ewentualnie oddam. No i właśnie…
Czasem nie wiem, jak określić to, co przeczytałam. Otwieram książkę. Patrzę na pierwsze zdanie, które powiada o spartaczeniu życia seksualnego. I już wiem, że to będzie niezwykle ciekawa książka. Na sam początek: bohaterem jest pięćdziesięcioletni mężczyzna, który – przez całą książkę – opowiada głównie o swojej brzydocie i o tym, jak ta brzydota szeroko pojęta wpływa na jego życie. Oprócz faktów dosyć absurdalnych, dowiadujemy się, że np. nie może znaleźć pracy, bo jego brzydota onieśmiela ludzi, choć – wiadomo – patrzą się na niego ludzie mogą sobie poprawić samoocenę, no bo nie są tacy brzydcy jak on.  Pierwsze, co przyszło mi na myśl to fakt, iż rzeczywiście w tych czasach media i wszelkie środki masowego przekazu promują ludzi ładnych, idealnych, bez skazy, po prostu sam photoshop i rzeczywiście, gdy ktoś lekko odstaje, to ma prawo czuć się gorszy. Więc tu popieram głównego bohatera. Ale tylko w tym wypadku.
Idąc dalej. Patrzę właśnie na tą książkę, na te zapisane drukiem strony i znów przed oczami pojawiają mi się te długie zdania, które zaczynały się tuż na początku strony, a kończyły się na samym jej końcu, poprzedzane milionem przecinków, zdań, myśli, zupełnie wyrwanych z kontekstu, kiedy to człowiek czytając to, kilkukrotnie zastanawia się gdzieś w środku… ale o co chodzi? I ja taką myśl miałam przez większość czasu. Przykładowo: przeczytałam całą stronę, jedno długie zdanie… A w głowie miałam jeszcze większy mętlik niż na początku. Stek tego wszystkiego, splątane, wymemłane… A jednak coś sprawiło, że przeczytałam ją całą, i mimo tej „dziwności” (ta myśl towarzyszyła mi przez cały czas) mam o niej jakieś minimalnie dobre mniemanie.  

Brzydki jak małpa, jak ropucha, jak nieszczęście, jak siedem grzechów głównych, brzydki, że aż strach, brzydszy niż diabeł, twarz satyra, głowa Gorgony, strach na wróble, Kaligula, Quasimodo, rycerz o smętnym obliczu, potwór Frankensteina, twarz dużego Pythre’a: w Siom i w innych miejscach poznałem długą ilość metafor i zrozumiałem, że nie jest się brzydkim ot tak, samemu w sobie, lecz że brzydota na żywo uderza w tych, którzy ją postrzegają… […]


Oto jedno z niewielu określeń własnej brzydoty przez głównego bohatera, który rozprawia o tym… z przyzwyczajenia, bo przyzwyczaił się do tego, jakim jest, do tego, jak wpływa na ludzi, uwierzył w to, co oni mówią o nim, sam zaczął tak myśleć i tak zleciało mu życie. Jedyne, co mogę już chyba powiedzieć to fakt, iż ta sytuacja przez tyle lat się nie zmieniła, bo wciąż w mediach unosi się głupie mniemanie, że jeżeli jesteś brzydki, nieatrakcyjny, po prostu inny, to jesteś gorszy. I właśnie z tym powinno się walczyć, właśnie z tym…

„Obietnica”

Posted on
in 52BookChallenge2019
Reżyseria: Anna Kazejak, 
Gatunek: Dramat, dla młodzieży
Premiera: 14 marca 2014 (Polska).
W swoim życiu widziałam wiele filmów przedstawiających problemy współczesnych nastolatków, które nakłaniały mnie do dłuższych refleksji, jednak w dramacie Anny Kazejak pt.”Obietnica”, który miał premierę w marcu bieżącego roku, brakowało tego czegoś co skłoniłoby mnie do głębszych rozważań. Twór Kazejak przed premierą był porównywany do filmu Jana Komasy „Sala Samobójców”, który miał premierę przed trzema latami i osiągnął sukces. Śmiałam twierdzić, że skoro są podobne tematycznie i dotykają tej samej grupy ludzi to „Obietnica” ma szansę pobić dzieło Komasy. Plakaty i reklamy  dawały nadzieję na dobry film, tworzyły maskę,  która miała zachęcić widza do obejrzenia seansu, dać nadzieję, a na sam koniec rozczarować, chociaż reżyser nie składał nam żadnej obietnicy, że będzie inaczej.
Głównym wątkiem filmu jest rzekoma zdrada, której dokonał  Janek (Mateusz Więcławek) wobec Lilii (Eliza Rycembel), w wyniku której dziewczyna pragnie zemsty. Obydwoje są jeszcze młodzi, naiwni, lekkomyślni, zbuntowani i często kierują się emocjami niż zdrowym rozsądkiem. Nastolatka nie widzi innego wyjścia z zaistniałej sytuacji i postanawia zemścić się na swoim chłopaku. Jednak z drugiej strony zachowanie dziewczyny można uargumentować jej doświadczeniem życiowym. Konrad (Andrzej Chyra) – ojciec Lilii – postanawia zostawić żonę Sylwie (Magdalena Popławska) oraz córkę. Wyjeżdża do Kopenhagi i zakłada tam drugą rodzinę, dając im miłość i poczucie bezpieczeństwa. Młoda dziewczyna czuje się urażona, jednak można zauważyć, że pomimo rozstania rodziców Lilkę łączą dobre relacje z ojcem. Czy błąd jednego człowieka może mieć za sobą dalsze konsekwencje? Owszem. Będąc już raz odrzucona, a wręcz można rzec, że zdradzona,  boi się ponownej straty bliskiej jej osoby. Ma odczucie lęku i strachu przed zranieniem jej uczuć. Ciężar jaki ciąży na jej psychice jest nie do zniesienia, więc gdy Lilka zostaje ponownie zdradzona przez osobę, którą darzy wielkim uczuciem, a ta dopuszcza się tak haniebnego czynu, dziewczyna pragnie odkupienia za swoje cierpienie.
W dużym stopniu „Obietnica” opowiada o relacjach międzyludzkich, o kontaktach dzieci z rodzicami. Dzieci, które błąkają się na granicy dwóch światów: świata dziecięcej niewinności (bo przecież mają zaledwie –naście lat), gdzie mogą robić wszystko (a przynajmniej tak im się wydaje) bez ponoszenia jakichkolwiek konsekwencji, a światem ludzi dorosłych, którymi chcą stać się na siłę. Nie są jednak na tyle dojrzali, co dało się zauważyć w filmie, żeby do tego świata ludzi przynależeć. Reżyser zwraca uwagę na kontakt dzieci z rodzicami, kiedy to wydaje się, że dziecko jest na tyle „duże” że nie potrzebuje już tyle uwagi ze strony matki czy ojca, ale prawda jest jednak inna. Tu można snuć spekulacje, czy gdyby relacje Lilki z jej mamą były nieco inne, wszystko skończyłoby się inaczej.
„Obietnica” bez wątpienia jest dramatem psychologicznym. Pokazuje nie tylko relacje między rodzicami a dziećmi, ale również ich jak toksyczne  mogą być relacje dwóch młodych ludzi, w głównej mierze pomiędzy Lilką a Jankiem. Tam, gdzie kończy się miłość a zaczyna się nienawiść, nie może stać się nic dobrego. Granica pomiędzy „kocham” a „nienawidzę” jest bardzo cienka i trudno zauważalna. Kiedy emocje przysłaniają nam zdrowy rozsądek, kiedy w końcu robimy coś pod wpływem impulsu nie myślimy o tym, jakie będą tego konsekwencje, często popełniały błąd, który jest wynikiem lekkomyślności. A kiedy rozumiemy, że zrobiliśmy coś źle, jest już za późno by cokolwiek naprawić.
Reasumując, spodziewałam się czegoś innego tak jak już wspominałam na wstępie. Pomimo wspólnego punktu zaczepienia jakim jest współczesna młodzież i jej zachowania, dzieło Kazejak oraz Komasy różnią się od siebie. „Obietnica”  nie skłoniła mnie do dłuższych refleksji, jednak momentami zastanawiałam się „Czy młodzi ludzie rzeczywiście mogą się tak zachowywać?”. Przecież sama dopiero niedawno opuściłam liceum i nie widziałam, aby takie sytuacje miały miejsce. Chociaż może i miały, ale pozostawały w ukryciu lub po prostu sama ich nie dostrzegałam. Reżyser pokazuje nam pokolenie młodzieży, które jest zapatrzone w swoich znajomych, panujące trendy, Internet niż w rodziców, od których coraz bardziej się oddalają. Zawładnęła nimi chęć bycia dorosłym. Nie mogą jednak nimi być, skoro nie rozumieją pewnych podstawowych zasad, które rządzą tym światem. I dopóki sami nie zrozumieją, że są jeszcze niedojrzali, że w wielu wypadkach to rodzice mają rację a nie oni sami, dopóty nie będą w stanie podejmować dorosłych decyzji, które zaważą na ich przyszłym życiu to będą popełniać błędy, ale w końcu człowiek uczy się najlepiej na własnych porażkach. Dla Lilki i Janka była to jedna z nielicznych lekcji życia.
1101112